niedziela, 13 grudnia 2009

Małe podsumowanie...



Czasem przebiega mi przez głowę myśl... (a może raczej zapytanie...) jak wiele jest osób, które w zetknięciu z nową Edytą i jej nowym spojrzeniem na życie, doszły do wniosku, że ten blog to miejsce ,w którym nie do końca się odnajdują... Ilu jest takich , ktorzy chętnie tu zaglądają i czytają bo czują podobnie jak ja... a ilu takich, dla których jeszcze nie wszystko jest jasne i narazie  "tak" nie czują , choc bardzo pragną zrozumiec i poczuc...

Wystarczy cofnąc sie do pierwszych komentarzy by zauważyc, że są tacy którzy odeszli. Byc może tylko zamilkli...
Nie wiem.


Kiedy zaczynałam pisac tego bloga nie zakładałam , że bedzie on  mega pozytywny, a ja będe pisac tylko o tym co lekkie, łatwe i przyjemne. Jedynym założeniem było to, że będę pisac z sercem (dlatego, że pragnę, nigdy z poczucia obowiązku) , a wszystko w jednym celu ...by dzielic się dobrem.

Bóg to bez wątpienia Największe Dobro, dlatego właśnie o Nim piszę najczęsciej...
Piszę o Nim także dlatego, że bardziej niż kiedykolwiek wcześniej czuję jak bardzo obecny jest w moim życiu . Ja po prostu nie potrafię o tym nie pisac... Całym sercem pragnę dzielic się tym co w moim odczuciu dobre i ważne , bez względu na to co powiedza lub pomyslą inni. Nie tylko tym co przyjemne...także tym co trudne i bolesne. Zrozumiałam bowiem, że takie wydarzenia również mają swoją wartośc...

Jestem pewna, że Bóg ani przez chwilę mnie nie opuścił i nawet wtedy gdy nie był dla mnie zbyt ważny, obserwował mnie uważnie. Jak nikt inny znał każdy mój krok... każdą myśl... każdy zakamarek mojej duszy. W głębi serca pragnęłam Go od dawna, nie wiedziałam tylko gdzie Go szukac... Błądziłam jak dziecko we mgle. Czułam , że Ten którego szukam jest bardzo blisko... że coś w moim życiu zaczyna się zmieniac... jakby nagle zaczynały docierac do mnie promyki Światła , zaczynając powoli wybudzac mnie ze snu w jakim pogrążona byłam od lat.

Kiedy w końcu olsniło mnie, że  miejscem w którym powinnam Go szukac  jest kościół, długo nie mogłam sie do niego przekonac. Chodziłam tam w kratkę, uzależniając swoje uczestnictwo w Mszy Św. od nastroju. A wszystko w imię "odpowiedzialnego rodzicielstwa" ( bo przecież mój syn niedługo zacznie przygotowania do Komunii Św.) Z czasem nie wystarczało mi już chodzenie do kościoła tylko ze względu na dorastające dziecko, dla którego powinnam byc wzorem . Nieustannie prosiłam więc o pomoc...o jakis znak... bym wreszcie mogła poczuc że jestem częscią  Kościoła, a nie tylko jestem w kościele... żeby słowa które wypowiadam mechanicznie podczas Liturgii zaczęły we mnie życ... a moje serce wypełniła prawdziwa, szczera miłośc do Boga, a nie jej namiastka.

Aż pewnego dnia pojawił się znak, a On wskazał mi ścieżkę...
Teraz musiałam już tylko zdobyc się na odwagę by na nią wejśc.

Od tamtej pory wiedziałam już, że nic co wydarzyło sie w moim życiu nie było dziełem przypadku... Ani ludzie którzy nagle pojawili sie wokół mnie...ani sytuacje, które miały miejsce...

c.d.n


4 komentarze:

  1. :)jestem od początku, czytam codziennie, jeszcze nie komentuje, ale myślę....
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. :-)przesyłam Monice

    OdpowiedzUsuń
  3. Moniko...wiem, że byłaś od początku i dlatego bardzo cieszy mnie Twój dzisiejszy komentarz:) O ile dobrze się orientuję, mam wśród swoich czytelników co najmniej trzy Moniki( w tym jedna Moniq:)) Mam więc nadzieję, że dobrze Cię zidentyfikowałam i jesteś Moniką "od Majki" ;)

    Pozdrawiam Cie gorąco i zachęcam do częstszego zabierania głosu bo KAŻDA myśl sie liczy:)
    A poza tym, naprawdę mi Cię tutaj brakowało... Dziekuję,że jesteś.

    OdpowiedzUsuń
  4. zgadza się od Majki :)

    OdpowiedzUsuń