piątek, 19 lipca 2013

Do samego siebie

Żebym pisząc wiersze nie wzywał Imienia Pana Boga
nadaremno
nie tłumaczył Biblii na nie-Bilblię
nie przychodził w wilczej skórze wtajemniczonych
nie polował na piekne słowa jak na płochliwe zające
wciągające w puste pole
lub na karasie w tataraku
nie udowadniał - to znaczy nie zamęczał
nie był zbyt pewny
(przecież nawet biała kawa nie jest biała)
nie sadzał sumienia jak spoconej babci na miękkim
fotelu
żebym nie patrzył w nie jak w okrucieństwo pamięci
nie odkładał milczenia na jutro
nie kochał miłością mniejszą od miłości
nie uprawiał zdenerwowanej teologii
nie pocieszał bólu
a nade wszystko żebym nie chował twarzy do rękawa
nie zamykał się w budce poezji-
kiedy trzeba mówić najprościej o Matce Najświętszej
o cierpliwości sakramentów dłuższej niż życie
o ciepłym pomruku schodów po których niosą nadzieję
chorym-
o śniegu który padając na ręce - uczy chyba rozdawania
o Jezusie który nieraz tak wygląda między nami
jakby chodził od nie swoich do obcych

Jan Twardowski

2 komentarze:

  1. Świetny wiersz. Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ks Twardowski tak pięknie mówił o tak trudnych rzeczach... :)

    OdpowiedzUsuń